bardziej prywatnie

Oglądałam dziś festiwal „Eurowizji”. Nie, żeby mnie pociągała taka zabawa. Ale akurat usiadłam na chwilę. I obudziły się wspomnienia. Uwielbiam tą formułę rywalizacji festiwalowej. Dawno, dawno temu śpiewałam w zespole o nazwie CZA ZHP – czyli Centralny Zespół Artystyczny Związku Harcerstwa Polskiego im. Władysława Skoraczewskiego. I pamiętam pewne piękne lato roku (jak mi się wydaje 1984 r.), gdy uczestniczyliśmy w „Festiwalu Młodzieży Szkolnej” w Kielcach na Kadzielni.

Wiem, że byliśmy faworytami. Ale gdy doszliśmy do wieczoru gdy przyznawane były nagrody, to przestało to być oczywiste. Staliśmy wszyscy na scenie i czekaliśmy na werdykt jury. Po kolei podawane były różne nagrody a w końcu też – brązowy medal, srebrny i złoty. Nie zapomnę zawodu, gdy okazało się, że nie ma nas w żadnej z tych kategorii.

Byłam dzieckiem, miałam 11 lat – ale stojąc tam na tej scenie poczułam zawód. Wielki. Łzy mi ciekły po oczach i nogi odmawiały posłuszeństwa (a godzina była bardzo już nocna). I wtedy prowadzący wyszedł na scenę i powiedział, że jest jeszcze jedna nagroda – nie pamiętam jak się nazywała – taka nagroda nagród. I ją właśnie zdobyło CZA ZHP z Warszawy. Nogi się pode mną ugięły. I wówczas z rozpaczy przeszłam w szloch radości. To było nieprawdopodobne. Chyba po raz pierwszy i (jak na razie ostatni w życiu) tak się cieszyłam. Stałam na środku sceny, w tym zuchowym mundurku z biało-czerwoną chustą z kluczem wiolinowym – i płakałam z radości. To są takie momenty, które są w stanie rozwalić na łopatki.

Przez kolejne lata wielokrotnie brałam udział w różnych konkursach i międzynarodowych festiwalach. Zazwyczaj – bo byliśmy świetni – wygrywaliśmy. Ale emocji z tego pierwszego mojego festiwalu nie potrafię zapomnieć. To było coś absolutnie wyjątkowego!

I gdy dziś obserwowałam potyczki na „Eurowizji”, to wróciły do mnie te niesłychane emocje. Zobaczyłam siebie jako to dziecko czekające na werdykt. Przypomniałam sobie emocje temu towarzyszące. I fantastyczne doznania związane z samym występem. Bo to są emocje nieporównywalne z czymkolwiek innym. Ludzie przed telewizorem nie zdają sobie z tego sprawy. A to jest coś wprost nieprawdopodobnego.

I dziś zatęskniłam za tymi emocjami. Za tą atmosferą rywalizacji. I za pięknym dzieciństwem. Bo gdy rywalizacja dobiegła końca, to zostaliśmy zapakowani w autokary i wróciliśmy na „obóz” do Ostrowca Świętokrzyskiego. Gdzie nas, małe wówczas dzieci, nasi druhowie wynosili (zaspanych) do pokoi. Takie „mumijki” zaspane i nieprzytomne. To jest jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa.

kadzielnia

Data publikacji Blog