Józef Sebald

fot. Józef Sebald, z kolekcji A. Sheybal-RostekJózef Sebald (Sheybal) był stryjem mojego pradziadka Stanisława Sheybala. Był też jego mistrzem i nauczycielem – to od niego  Stanisław nauczył się trudnej sztuki fotografii.

Sheybal Józef (Sebald od 1893 r.) – żył w latach 1853 – 1931. Był fotografem, właścicielem zakładu fotograficznego w Krakowie. Sheybal urodził się w Złoczowie i był jednym z siedmiorga dzieci Jana Sheybala i Teresy z Piaseckich. W roku akademickim 1875-1876 studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie, lecz po śmierci ojca zmuszony był przerwać studia. Pracował i uczył się zawodu najpierw u Stanisława Bizańskiego, potem u Walerego Rzewuskiego. W roku 1890 usamodzielnił się i do roku 1893 prowadził wraz z Juliuszem Mianem zakład fotograficzny. W 1893 roku odkupił od Lesława Rzewuskiego dawny zakład Walerego Rzewuskiego (mieszczący się przy Kolejowej 27b). Przywrócił zakładowi dawną renomę i doprowadził do rangi najlepszego w mieście. W 1901 r. Sebald zakupił dom „Pod Stańczykiem” przy Batorego 12 gdzie zamieszkał a w pawilonie w ogrodzie założył pracownię i salon fotograficzny. Zatrudniał w sumie 7 osób – do 1901 r. współpracowała z nim jego siostra Kazimiera (która w kolejnych latach założyła własny zakład fotograficzny w Kołomyi). Zakład Sebalda rozwijał się do wybuchu I wojny światowej.

Oto jak w swoich wspomnieniach o Sebaldzie i pracy w jego zakładzie fotograficznym pisał mój pradziadek Stanisław Sheybal:

„Po maturze wyjechałem do Krakowa, gdzie rozpocząłem studia w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Zamieszkałem w domu stryja Józefa Sebalda, właściciela, jak już o tym wspomniałem chyba największego w tym mieście i najlepiej postawionego fotograficznego zakładu. W zakładzie tym, niezależnie od wyższych studiów, pracowałem przez cały czas pobytu w Krakowie.

Tak więc rozpoczął się nowy okres mojego życia.

Stryj Józef i jego zakład fotograficzny

Stryj mój, Józef, wykazujący znaczne uzdolnienia plastyczne, w osiemdziesiątych latach ubiegłego stulecia studiował rysunek i malarstwo w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Dyrektorem tej szkoły i jednym z jej profesorów był wówczas Jan Matejko, podziwiany i uwielbiany przez studentów. Stryj często opowiadał, zawsze z zachwytem i wzruszeniem, o jego życiu, pracy twórczej i metodach wychowawczych.

Pamiętam między innymi opowiadanie o sposobie malowania przez Matejkę jego ogromnych płócien. Przy opracowywaniu górnych partii obrazu siadał na ustawionym przed obrazem pomoście, trzymając w lewej ręce paletę i ogromny pęk czystych pędzli. Malując, co chwilę rzucał do stojącego na podłodze kosza pędzel umazany farbami i sięgał po nowy. Gdy ich zabrakło, schodził z pomostu, wybierał z kosza brudne pędzle, mył je i dokładnie wycierał. Po czym znowu właził na pomost i kontynuował malowanie.

Podpatrujący mistrza uczniowie rozumieli, że opisane wyżej zabiegi zabierają Matejce zbyt wiele cennego czasu, męczą i – co najważniejsze – rozpraszają jego twórcze skupienie. Że zatem ktoś powinien mu w pracy pomagać. Ale kto? Żaden z uczniów nie śmiał wejść nie proszony do pracowni. Aż pewnego dnia stryj zebrał się na odwagę. Ostrożnie wśliznął się do przybytku pracy mistrza i uważając, aby nie robić hałasu, wziął się do roboty. A gdy Matejko zrzucił do kosza ostatni brudny pędzel i zamierzał zejść z pomostu, stryj podał mu przygotowany już pęk pędzli starannie oczyszczonych. Matejko przyjrzał się mu uważnie, nie podziękował, ale też nie kazał odejść.

Odtąd przez dłuższy czas stryj pełnił przy mistrzu swoją – jak określił – powinność. Przyglądał się przy tym jego pracy, patrzył, jak dotknięcia pędzla formują pełne życia i emocji twarze i postacie, jak na płótnie od razu ożywają malowane sceny naszych dziejów. Po kilku dniach krępującego milczenia Matejko nawiązał wreszcie rozmowę. Stryj z nabożeństwem słuchał słów mistrza, powściągliwych, lecz pełnych emocji i rzeczowych. I był szczęśliwy. Cóż w tym dziwnego? Wszak działo się to w okresie bałwochwalczego wręcz kultu Matejki i jego sztuki, w okresie legendy o jego posłannictwie artystycznym i narodowym.

Pozwoliłem sobie na powyższą dygresję dlatego, że charakteryzuje ona w pewnym sensie atmosferę, w jakiej kształtowała się osobowość mojego stryja Józefa Sebalda (wówczas jeszcze Sheybala), późniejszego fotografa, jednego z pionierów polskiej sztuki fotograficznej, jej estetycznych i artystycznych wartości.

Po śmierci mojego dziadka, inżyniera drogowego w Kołomyi, liczna rodzina znalazła się w ciężkiej sytuacji. Pragnąc dopomóc młodszym braciom (m.in. mojemu ojcu) do ukończenia rozpoczętych studiów, stryj Józef przerwał własne studia w Szkole Sztuk Pięknych i przyjął pracę zarobkową w znanym wówczas w Krakowie zakładzie fotograficznym Walerego Rzewuskiego.

Rzewuski był ogólnie szanowanym obywatelem Krakowa, wieloletnim radcą miejskim oraz światłym i aktywnym działaczem społecznym. Świadczy o tym chociażby fakt, że w testamencie zapisał znaczą sumę na opracowanie i wydanie podręcznika fotografii, a także – na zorganizowanie i wyposażenie szkoły fotografii zawodowej. W dziedzinie fotografii był znakomitym fachowcem, a na tle niskiego w owym czasie poziomu tego zawodu jego prace fotograficzne, tak pod względem technicznych, jak też estetycznym, stały bardzo wysoko. Był też pionierem fotografii turystycznej i etnograficznej.

Jego zakład fotograficzny, dobrze zorganizowany i wyposażony, cieszył się dużym powodzeniem i przynosił spore dochody. Rzewuski wybudował dom, na którym umieścił napis:

Oszczędnością i pracą
Ludzie się bogacą.

A pewnej nocy pod tą mieszczańską sentencją ktoś dopisał:

Wiadomo każdemu: sześćdziesiąty trzeci
Był rokiem początku fortuny waszeci.

Być może, iż nie zapamiętałem tego dwuwiersza dosłownie. Wszak od czasu, gdy mi go stryj recytował, minęło sporo lat. Ale ta sama treść i obrzydliwa intencja. Była to aluzja do szerzonych wówczas przez zawistnych krakowskich fotografów partaczy oszczerczych pogłosek, jakoby Rzewuski, który brał udział w powstaniu 1863 roku i fotografował jego uczestników oraz sceny obozowego życia, sprzedał te fotografie za grube pieniądze carskiej policji. Stryj mówił mi o tym z największym oburzeniem. Podobnie bowiem jak całe ówczesne społeczeństwo Krakowa cenił Rzewuskiego wysoko jako na wskroś uczciwego i zacnego człowieka oraz żarliwego patriotę.

Z okresu praktyki stryja u Rzewuskiego niewiele mógłbym podać rzeczowych informacji. Wiem tylko, że stryj skorzystał bardzo dużo i stale podkreślał, że nie mógłby nigdy marzyć o lepszym i bardziej doświadczonym mistrzu. W chwili śmierci Rzewuskiego by już całkowicie przygotowany do poważnej, samodzielnej pracy zawodowej. Natomiast spośród wielu chętnie opowiadanych przez stryja wesołych opowieści, dotyczących tego okresu, pozwolę sobie przytoczyć tę, która w pewnej mierze charakteryzuje ową zamierzchłą epokę i – nie bardzo wiem, dlaczego – najmocniej utkwiła w mojej pamięci.

W wielu ówczesnych zakładach fotograficznych istniała instytucja tzw. „pozera”, którego zadaniem było „artystyczne” upozowanie fotografowanego klienta. Pozer ustawiał gościa w pozycji jego zdaniem najkorzystniejszej, dobierał tło (zazwyczaj malowane) i rekwizyty, ustalał położenie głowy, tułowia, rąk, nóg i dłoni, a często każdego palca z osobna, układał fałdy ubrania, decydował o kierunku wzroku i o wyrazie twarzy delikwenta. Zabiegi te zazwyczaj trwały długo i były dla klienta bardzo męczące. Dlatego też tak często oglądamy na starych fotografiach podobizny naszych antenatów w nienaturalnie sztucznych pozach, z ogłupiałymi ze zmęczenia minami.

Przez jakiś czas również Rzewuski zatrudniał pozera. Był to jakiś mało znany malarzyna, ale człowiek kulturalny, o nader wytwornych manierach. Zawsze po upozowaniu klienta składał mu głęboki ukłon i wyrażał kwieciście sformułowane podziękowanie. Pech chciał, że trafił raz na człowieka o równie wytwornych nawykach. Po półgodzinnych zabiegach pozera, gdy ten złożył dziękczynny ukłon, z trudem upozowany klient powstał i uroczyście mu się odkłonił. Całą pracę musiał pozer zaczynać od początku. A gdy powtórzyło się to po raz drugi i trzeci, uciekł i więcej się w zakładzie nie pokazał. Był to chyba ostatni pozer Rzewuskiego.

W roku 1888 zmarł Walery Rzewuski. W jakiś czas po śmierci mistrza stryj nabył od spadkobierców jego zakład. Uczynił to za namową przyjaciela, wziętego wówczas artysty malarza Piotra Stachiewicza, który również pożyczył stryjowi potrzebną na zakup kwotę. Była to transakcja ryzykowna, ale zakład, mieszczący się wówczas przy ulicy Kolejowej, prosperował znakomicie i w niedługim czasie został spłacony. Po kilku następnych latach stryj nabył piękną willę przy ulicy Batorego i po rozbudowie oraz gruntownej adaptacji znajdującego się w ogrodzie pawilony przeniósł do niego zakład.

Przypomnieć wypada, że po nabyciu zakładu Rzewuskiego stryj zmienił swoje rodowe nazwisko Sheybal na łatwiejsze do wymawiania i zapamiętania – Sebald. Tak bowiem nazwisko stryja było powszechnie wymawiane przez klientów. Toteż na bramie ogrodzenia przy ul. Batorego widniał napis: Zakład fotograficzny. Józef Sebald. A gdy w roku 1911 zamieszkałem w domu stryja, przy nazwisku dopisany był jeszcze tytuł: C. K. Dostawca Dworu. Znak, że z usług zakładu korzystali członkowie cesarskiego rodu z Habsburgów.

Zakład, jak już wspomniałem, znajdował się w murowanym pawilonie, na końcu dość dużego, starannie utrzymanego ogrodu. Stryj, fanatyczny miłośnik kwiatów, hodował cudowne róże. Ale rozkoszował się ich widokiem i zapachem tylko w czasie spacerów po ogrodzie. Nie pozwalał ich nigdy ścinać. Pamiętam, jak pewnego dnia przyjechała kuzynka, starsza, nieco egzaltowana dama. Ścięła w ogrodzie kilka wspaniałych róż i umieściła je w wazonie na stoliku. Wszedł stryj, spostrzegł róże i zapytał, wskazując je palcem:

– Dlaczegoś to zrobiła?

– Bo uwielbiam kwiaty – odrzekła.

– Hm… A koty też lubisz? – zapytał stryj.

Nie wiedząc, do czego zmierza, powiedziała, że przepada za nimi.

– To pewnie koty też zarzynasz i wieszasz za ogony w swojej sypialni – rzekł stryj zirytowany i wybiegł z pokoju.

Do zakładu, przez ogród, prowadził romantyczny krużganek obrośnięty pnączami. Z krużganku gość wchodził do obszernego, wytwornie urządzonego salonu przyjęć, którego architekturę, sprzęty i wystrój wraz z przylegającą do salonu garderobą, oświetloną pięknym witrażem, projektowali artyści, przyjaciele stryja. Salon zdobiły liczne dużych rozmiarów portrety wybitnych pisarzy, plastyków i aktorów, m.in. znakomity portret siedzącego w fotelu Sienkiewicza, fotografie Matejki, Modrzejewskiej itp. Niektóre z nich, np. portret Matejki, zrobione były jeszcze przez Rzewuskiego.

I tu mała dygresja. Zbiór negatywów przejęty wraz z zakładem Rzewuskiego, uzupełniony późniejszymi zdjęciami stryja, stanowił bezcenne archiwum często unikalnych podobizn sławnych polskich osobistości drugiej połowy wieku XIX i początku wieku XX. Grzebałem w nim niejednokrotnie i już wówczas wydawał mi się skarbem muzealnej wartości. Los tego zbioru nie jest mi znany. Słyszałem, że po likwidacji zakładu stryja część zbioru negatywów zakupił dawny jego uczeń i wieloletni pracownik, późniejszy szef własnego zakładu fotograficznego przy ulicy Sławkowskiej w Krakowie – Zygmunt Garzyński. Niektóre negatywy miały być sprzedawane pojedynczo różnym osobom czy też instytucjom. Czy dostały się w kompetentne ręce?

Jedną z pasji stryja Józefa było kolekcjonowanie już wówczas staromodnych pozytywek. Jego pozytywki, nabywane najczęściej w czasie wyjazdów za granicę, odznaczały się wyjątkowo szlachetnym dźwiękiem i – pochowane w różnych skrytkach salonu przyjęć – wydzwaniały dyskretnie najwytworniejsze melodie. Stwarzało to romantyczną atmosferę salonów naszych prababek.

W salonie królowała chyba najaktywniejsza spośród pracownic zakładu, młoda i urocza panna Zofia, pełniąca funkcję sekretarki, kierowniczki administracyjnej i kasjerki. Przyjmowała gości i prowadziła ewidencję zamówień, przydzielała robotę pracownikom, prowadziła buchalterię itp. A w chwilach wolnych od zajęć siadywała w retuszerni z książką w ręce i czytała nam powieści historyczne Kraszewskiego, cieszące się wówczas dużym powodzeniem. Zawsze w najciekawszym miejscu odzywał się dzwonek drzwi otwieranych przez gościa i pani Zosia rzucała książkę, biegnąc do salonu przyjęć. Była ogólnie lubiana, jej też urodzie zapewne zawdzięczałem częste odwiedziny kolegów z Akademii Sztuk Pięknych w mojej mieszczącej się przy zakładzie pracowni malarskiej. Wyszła w końcu za mąż za jednego z nich, wówczas już artystę malarza i prawnika.

Z salonu przyjęć wchodziło się do przestronnego atelier – altany, w której robiło się zdjęcia. Cały sufit altany i jedna jej ściana były oszklone i szczelnie pokryte licznymi, małymi zasłonami z gęstego płótna. Manewrując długim kijem, można było każdą z tych zasłonek odsunąć, przepuszczając z danego kierunku snop światła, lub też zasunąć, ocieniając z danej strony postać fotografowane osoby. Przy dużej ilości zasłonek możliwość regulacji rodzaju oświetlenia była wręcz nieograniczona. Dziś, w dobie lamp elektrycznych i reflektorów, takie urządzenie wydawać się może prymitywnym, mało przydatnym i wręcz śmiesznym. Być może. Ale ja patrzyłem, jak stryj, zręcznie operując zasłonami, z pełną swobodą realizował swoje najbardziej nawet wyrafinowane koncepcje, stwarzał efekty zaskakujące bogactwem niuansów światłocienia, zawsze najlepiej dostosowane do sytuacji, typu postaci czy twarzy klienta. I przy pełnym szacunku dla nowych zdobyczy technicznych nie mogę się wyzbyć sentymentu to tego archaicznego urządzenia.

Atelier zostało też zgodnie z ówczesną modą bogato zaopatrzone w różnego rodzaju tła, stylowe mebelki i rekwizyty. Tła były rozmaite: obok spokojnych gładkich płaszczyzn białych, szarych i ciemnych były fałdziste kotary, a także staromodne tła malowane, imitujące wytworne wnętrza, ogrody, las itp. Jakkolwiek te ostatnie odznaczały się możliwie subtelną dyskrecją i nie przypominały nachalnej aktywności malowideł używanych przez jarmarcznych (i nie tylko jarmarcznych) fotografów, stryj stosował je niechętnie: czasem na wyraźne żądanie mniej wybrednego klienta, czasem przy zdjęciach grupowych.

Z altany wchodziło się do retuszerni, w której przy retuszerskich pulpitach siedziało stale kilku pracowników, czasem i ja. A często także stryj, sam retuszujący negatywy zdjęć, na których mu specjalnie zależało. Retuszował zawsze bardzo oszczędnie i celowo, a był w tej sztuce mistrzem niezrównanym.

Pracowników wyspecjalizowanych w retuszu zatrudniał stryj dwu. Jednym z nich był wspomniany już wyżej Zygmunt Garzyński, który w razie nieobecności mistrza wykonywał też zdjęcia. Był już wszechstronnie wyszkolonym fotografem, zdolnym do samodzielnej pracy zawodowej. Drugim retuszerem negatywów, a również operatorem i laborantem był starszy od Garzyńskiego Jan Suchecki, dawny uczeń stryja, a przez pewien czas właściciel zakładu fotograficznego w jakimś prowincjonalnym mieście. W czasie mojego pobytu w Krakowie przyjął (do dziś nie rozumiem, dlaczego) posadę urzędnika magistratu Podgórza, wówczas jeszcze nie połączonego z Krakowem, i pracował u stryja tylko dorywczo.

W tej samej pracowni – retuszerni, przy specjalnym pulpicie siedziała także retuszerka pozytywów – młodsza z dwu sióstr pracujących w zakładzie. Odznaczała się podziwu godną zręcznością manualną i wydatnie rozwiniętą wrażliwością plastyczną. Małomówna, pełna rezerwy, opanowana, robiła wrażenie starszej niż była i choć nie znałem jej spraw prywatnych ani jej prywatnego życia, zawsze mi się zdawało, że nie było dla niej zbyt łaskawe.

Jej starsza siostra, wysoko kwalifikowana kopistka, pracowała w szczupłej i niskiej, choć wygodnie urządzonej kopiarni, mieszczącej się na poddaszu pawilonu. W owym czasie, jak wiadomo, odbitki stykowe sporządzało się wyłącznie na tzw. papierach dziennych, albuminowych i celuloidowych. Kopiarnia miała szklany dach, pod którym stał niski stół. Na tym stole pracownica układała tzw. kopioramki różnych formatów z umieszczonymi w nich negatywami i kartkami papieru światłoczułego.

Nie była to praca łatwa. Ramek jednocześnie kilkadziesiąt, w każdej trzeba co chwilę kontrolować wygląd odbitki i w czas przerwać naświetlanie, wymieniać papieru i negatywy, prowadzić ewidencję wykonanych odbitek, a w końcu utrwalić je i tonować. A potem jeszcze surowa kontrola stryja. Ta odbitka za krótko, ta znów nieco za długo naświetlana, na tej zginęły szczegóły ciemnego ubrania itp. Jutro trzeba robotę powtórzyć, nie licząc nowych negatywów. I tak dzień po dniu, zawsze samotnie w ciasnej kopiarni na poddaszu zakładu.

Do retuszerni przylegał pokój, bodaj największy w pawilonie. Jedna jego ściana była cała oszklona, z widokiem na ogród. Ten piękny pokój, którego przeznaczenie nie było nigdy ściśle określone, oddał mi stryj na moją osobistą pracownię malarską. Byłem niezmiernie dumny. Żaden z moich kolegów z Akademii nie posiadał tak pięknej pracowni.

Ciemnica i powiększalnia mieściły się w obszernych suterynach willi. Wywoływanie negatywów było czynnością, do której stryj przywiązywał dużą wagę. Zawsze mi tłumaczył, że od sposobu wywoływania płyty w dużej mierze zależy ostateczny wygląd fotografii, że każde zdjęcie wymaga innego postępowania, innego składu wywoływacza, innej jego temperatury i rozcieńczenia, a przede wszystkim – innej mocy wywoływania. Toteż stryj najczęściej sam wywoływał negatywy. Odbywało się to zawsze późnym wieczorem, w mojej jedynie asyście.

Po kolacji zakropionym czasem szklanką grzanego piwa schodziliśmy do suteryny i tu rozpoczynał się obrzęd. Stryj, jak prawie wszyscy ówcześni fotografowie, używał przede wszystkim wywoływacza z pyrogalolem, ale do niektórych zdjęć – także innych. Po zanurzeniu płyt w kąpieli bacznie obserwował pojawiające się na nich pierwsze zarysy obrazu. Zależnie od ich wyglądu niektóre płyty przenosił do przygotowanych małych kuwetek i wywoływał indywidualnie.

Przyglądałem się różnym, często skomplikowanym zabiegom stryja, a ten wyjaśniał mi cel postępowania. Dużo się przy tym nauczyłem i choć z biegiem czasu tolerancja materiałów światłoczułych stawała się coraz większa, zdobyte wiadomości i doświadczenie, a przede wszystkim nabyty kult prawidłowej obróbki negatywu były mi przydatne przez długi jeszcze czas mojej praktyki fotograficznej.

Również powiększenia wykonywał stryj osobiście. I przy tej robocie często mu asystowałem. Jak już wspomniałem, powiększalnik stryja był ogromną maszyną wykonaną na jego zlecenie. Składał się z właściwego aparatu na format płyt do 30 × 40 cm i z dużego ekranu, związanego z aparatem wymyślnym rozsuwanym urządzeniem. Ekran można było przybliżać lub oddalać na dużą, dochodzącą prawie do 3 m odległość. Taką maszyną wykonywało się bez trudu powiększenie tzw. „półfigury” naturalnej wielkości.

Jak wiadomo, ówczesne papiery bromosrebrowe, na których robiono powiększenia, były jeszcze bardzo niedoskonałe. Nawet po najdokładniejszym wyważeniu czasu naświetlania i najstaranniejszym wywołaniu dawały obrazy szare, z cieniami nie pogłębionymi i z nie zróżnicowanymi, pustymi płaszczyznami świateł. Poza tym pamiętać należy, że negatywy, z których sporządzano powiększenia, były wówczas z reguły retuszowane i retusz ten w powiększeniu tworzył niespokojnie poszarpaną fakturę. Toteż każde powiększenie wymagało odręcznego wykończenia pędzelkiem, ołówkiem, czarną kredką, kładzioną bezpośrednio lub wcieraną wiszorkiem czy zwitkiem waty itp.

Te prace wymagające rozwiniętej wrażliwości plastycznej i umiejętności rysowania pozostawały w mojej gestii, jako studenta Akademii Sztuk Pięknych. Oczywiście korzystałem przy tym ze światłych rad i wskazówek stryja, który i w tej dziedzinie zawodu był mistrzem niezrównanym. Jak przy retuszu negatywów, tak też przy tej robocie zalecał umiar i powściągliwość, mówił, że fotografia musi pozostać fotografią, a nie może się stać luźno tylko z nią związanym rysunkiem. Wkrótce opanowałem wszystkie arkana techniki wykańczania powiększeń, stałem się w tej dziedzinie kwalifikowanym specjalistą. Ta umiejętność była mi w późniejszym życiu bardzo pomocna. Dzięki niej w najtrudniejszych warunkach wojennych i powojennych bez trudu znajdowałem w różnych zakładach fotograficznych pracę i zarobek.

Ale powróćmy do ciemnicy, gdzie wywołane wreszcie płyty znalazły się w utrwalaczu, a potem w płuczkarce. Siadywaliśmy wówczas ze stryjem na stołkach pod ścianą i ten snuł wspomnienia. Często siedzieliśmy tak do późnej nocy. Stryj wspominał czasy praktyki i pracy u Rzewuskiego, opowiadał też o innych współczesnych mu fotografach pionierach.

Pamiętam opowiadanie o wyprawie ekipy fotograficznej (chyba Awita Szuberta) w Tatry w celu wykonania szeregu zdjęć wysokogórskich. Ekipa składała się (nie licząc górali przewodników) z kilkunastu ludzi dźwigających ogromne aparaty, zapas płyt szklanych dużych wymiarów oraz składaną ciemnicę. Ta była niezbędna w czasach, gdy przed każdym zdjęciem trzeba było płytę zanurzyć w roztworze azotanu srebrowego, na mokrej jeszcze robić zdjęcie i natychmiast, zanim wyschła, wywołać. W dobie suchych płyt i błon żelatynowych opowieść o tej wyprawie wydała mi się bajką.

Opowiadał też stryj dziwne historie o fotografach już w czasie jego młodości zacofanych i zdziwaczałych. Był taki jeden w Krakowie, który wtedy gdy wszyscy od wielu już lat używali żelatynowych płyt suchych, uporczywie robił zdjęcia na staromodnych płytach mokrych o bardzo małej czułości. Pewnego razu, zauważył u jednego z kolegów migawkowe zdjęcie kłusującego konia i zdumiony zapytał, jak to zrobił. Wówczas kolega pokazał mu staromodną, ruletową migawkę wsuniętą w obiektyw aparatu i wtedy dopiero fotograf dowiedział się, że istnieją płyty suche i czułości pozwalającej (oczywiście w pełnym słońcu) na bardzo krótką, migawkową ekspozycję. Ucieszony, zakupił kilka pudełek takich płyt i kazał rozlepić afisze obwieszczające, że w jego zakładzie wykonuje się zdjęcia na płytach suchych „wedle najnowszej techniki fotograficznej, która szczególnie pożyteczna jest dla dzieci i koni”. Tak się do tych koni zapalił, że zaczął odwiedzać koszary stacjonujących w okolicach Krakowa ułanów i robił zdjęcia co okazalszych rumaków.

Pewnego razu stryj spotkał tego fotografa na ulicy. Niósł aparat, którego trójnożny statyw miał tylko dwie normalne nogi. Na miejscu trzeciej umocowany był parasol.

– Co to się stało, mistrzuniu? – zapytał stryj. – Był jakiś wypadek?

– A… to ten wściekły koń – odpowiedział. – fotografowałem go, a gdy zawołałem psst, on się wściekł i kopnął w statyw.

– Ale po co zawołał pan psst? – spytał stryj.

– Chciałem, żeby uszy nastawił – wyjaśnił fotograf.

Po wielu latach znalazłem się na jednym z krakowskich stadionów sportowych i spostrzegłem wśród rozbieganych zawodników starego, przygarbionego mężczyznę, który staromodnym aparatem statywowym robił zdjęcia scen sportowych. Nie wiem na pewno, czy był to ten sam fotograf, ale jego statyw miał tylko dwie prawdziwe nogi. Trzecią zastępował parasol.

Dawni znajomi stryja mówili, że nabył on zakład Rzewuskiego wraz z żywym inwentarzem. Znaczyło to, że przejął cały, bardzo wówczas liczny personel. Z biegiem czasu pracownicy zmieniali się, jedni odchodzili, inni przybywali, i w czasie gdy mieszkałem u stryja (w latach 1911-1914), z dawnych pracowników Rzewuskiego pozostał już tylko jeden – Przebindowski, stary i trochę zdziwaczały, niezrównany specjalista najbardziej – zdawałoby się – prozaicznego działu zawodu fotograficznego. Nalepiał gotowe fotografie na firmowe kartony, a powiększenia oprawiał w passe-partout, zakupywane w zakładzie introligatorskim, i z tej racji współpracownicy nazywali go żartobliwie oprawcą. Temu to kopciuszkowi zakładu, z którym – mimo dużej różnicy wieku – łączyła mnie szczera przyjaźń, pragnę poświęcić nieco miejsca.

Pracował w sąsiadującej z ciemnicą suterynie, gdzie często go odwiedzałem, przyglądając się robocie i podziwiając jej mistrzowską precyzję. Pracę rozpoczynał od przygotowania kleju, którą to czynność celebrował z powagą i nabożeństwem. Wszak gra szła o nie byle jaką stawkę. Trzeba było słyszeć pogardliwe słowa, jakimi staruszek wyrażał się o pewnym koledze po fachu, którego odwiedził przy pracy przed z górą 30 laty.

– Ach, szubrawiec! – mówił podniecony. – Patrzę, a tu w jego kleju kluski. Nie jestem pewien, czy nie było piasku. A ten drab lepił tym fotografie! Wstyd pomyśleć.

I rzeczywiście, jeszcze teraz, w 30 lat po tym pożałowania godnym spostrzeżeniu, twarz staruszka pokrywał rumieniec oburzenia i wstydu za kolegę profanującego zawód.

– Bo to, panie – mówił – taki piaseczek podejdzie pod oko, i masz pan. Panna na fotografii zezowata. A kto winien? Ja! Nie mógłbym się szefowi na oczy pokazać. Albo kluska pod nosem. Ma pan wyobrażenie, jak się nos zmieni i jaką formę przybierze cała bryła głowy?

Ta czuła wrażliwość na formę bryły zawsze mnie uderzała. Zdawało się, że i płaską fotografię widzi przestrzennie. Raz np., gdy wyraziłem się pochlebnie o sposobie upozowania klienta na jednej z fotografii, odezwał się pogardliwie:

– To tak się tylko zdaje, bo widzi pan pozę tylko z jednej strony. Gdybyś pan na nią spojrzał z boku, dopiero by się pokazało, co ta poza warta.

O przyczynie tej wrażliwości dowiedziałem się później. Również o tragicznych skutkach stale ujawnianej przez Przebindowskiego chorobliwej wręcz nieśmiałości, braku woli i umiejętności przeciwstawiania się losowi.

Pewnego dnia, późnym wieczorem, widząc światło w okienku suteryny, zaszedłem, jak to często robiłem, do starego, aby z nim pogawędzić i przynaglić do udania się na spoczynek. Przebindowski był jakiś markotny i małomówny i wiele musiałem zużyć wysiłku, aby go skłonić do rozmowy. W końcu wyznał mi rzecz zupełnie dla mnie niespodziewaną. Jego jedyna córka, starsza już i zdaje się ułomna kobieta, jest chora. Córka! Nigdy o tym nie pomyślałem. Przebindowski był związany z zakładem, tak zrosłym ze swoją pracownią „żywym inwentarzem”, że myśl o życiu prywatnym tego człowieka, o jego domu, żonie i dzieciach, o jakichś zainteresowaniach osobistych wydawała się wręcz absurdalną. I wtedy ze wstydem pomyślałem, że żywiąc tyle przyjaźni dla tego staruszka, właściwie nic o nim nie wiedziałem.

A Przebindowski prawił dalej.

– Pan wie? Moja żona umarła. Nie mogła pogodzić się z moją pracą. Mówiła, że się marnuję. Bo wie pan? ja nie jestem naklejaczem ani żadnym tam „oprawcą”. Ja jestem artystą. Rzeźbiarzem. W domu to ja trochę porzeźbię, bo bez tego trudno jest żyć rzeźbiarzowi. – A potem już mniej pewnie: – Kiedyś, może jutro, a może później podejdę do szefa i powiem mu: Ja, panie szefie odchodzę, proszę wybaczyć, starałem się jak mogłem, i pracowałem uczciwie, ale ja muszę powrócić do rzeźby, bo ja nie jestem naklejaczem, tylko rzeźbiarzem i ja tu w zakładzie tylko chwilowo…

Zapytałem, jak długo trwa ta jego chwilowa praca.

– No, trochę, może z 50 lat – odpowiedział i zamyślił się. – Ale to nic – ciągnął po chwili. – Tylko wie pan? Będę się musiał jeszcze trochę poduczyć. Za wcześnie naukę rzeźby przerwałem. Musiałem. Bo gdy byłem w Szkole Sztuk Pięknych, miałem przyjaciela. Pracował u pana Rzewuskiego. Naklejał fotografię. Zachorował i prosił mnie, aby go zastąpił, bo bał się, że straci pracę. No to zastąpiłem go. Jakież można było inaczej? Przyjaciel chorował długo i w końcu umarł. Ja już wprawiłem się w naklejanie i pan Rzewuski był rad ze mnie. A tu trzeba było mu powiedzieć, że ja tylko chwilowo, że odchodzę, bo ja nie jestem naklejaczem, tylko rzeźbiarzem. Ale pan Rzewuski, choć pewnie dobry człowiek, był ciężki i ja – tu zająknął się – ja się go trochę bałem. Potem już się zdecydowałem, tylko nie wiedziałem jeszcze, kiedy. A potem pan Rzewuski umarł i zmienił się szef. Jakżeż można tak od razu nowemu szefowi powiedzieć, że odchodzę? Pan Sebald to przecież dobry człowiek i życzliwy, może pomyślałby sobie, że ja jestem niewdzięczny. No to trzeba było jeszcze trochę poczekać.

I tak czekał i zwlekał, nie mając odwagi stanąć przed obliczem szefa i przemówić w swojej sprawie. A lata szły i minęło ich pięćdziesiąt. Pochyliły się barki naklejacza, włosy pobielały i twarz pokryła się zmarszczkami.

– Ale ja jeszcze kiedyś powiem szefowi – odgrażał się staruszek podniecony opowiadaniem. – Albo to nie stać mnie na to? – A potem tonem mniej pewnym. – Tylko że będę musiał jeszcze trochę rzeźby się poduczyć, za wcześnie szkołę porzuciłem.

Nie powiedział szefowi nigdy i nigdy się już rzeźby nie poduczył. Śmierć wytrąciła mu z ręki nie dłuto rzeźbiarskie, ale pędzel umaczany w starannie przyrządzonym kleju, pędzel, którym tak dzielnie całe prawie życie władał.

Klientela zakładu fotograficznego stryja Józefa od czasu przeniesienia tego zakładu z ruchliwej śródmiejskiej ulicy Kolejowej na zaciszną ulicę Batorego nie była zbyt liczna. Gość przypadkowy, mało wymagający, zjawiał się rzadko. Częściej przychodzili ludzie szukający dobrej, fachowej roboty oraz tacy, których pociągała renoma zakładu i bogate, estetyczne jego urządzenie. Toteż klientela zakładu składała się w dużej mierze z osób stanowiących elitę umysłową i artystyczną ówczesnego Krakowa, a także z dobrze sytuowanej inteligencji mieszczańskiej, zamożnych obywateli ziemskich i arystokracji.

Magnesem przyciągającym tego typu gości była chyba również osoba stryja Józefa. Wytworny, zawsze nienagannie ubrany starszy pan, inteligentny, o wielostronnych zainteresowaniach, znawca sztuki, teatru i muzyki, był postacią powszechnie znaną w Krakowie. Przyjazne stosunki łączyły go z wieloma artystami, naukowcami, inteligencją urzędniczą. Wielu z nich przychodziło do zakładu tak po prostu, na pogawędkę, niektórym stryj świadczył bezinteresowne przysługi: robił zdjęcia aktorom w ich znanych rolach, plastykom sporządzał reprodukcje obrazów itp. Byli to klienci mili, zawsze uprzejmi i niekrępujący.

Inaczej było z arystokracją i naśladującą jej maniery zamożną szlachtą ziemiańską. Zjeżdżali do zakładu stryja z całej Polski, z wszystkich trzech zaborów. Zwłaszcza w okresie karnawału, gdy w pałacu Potockich Pod Baranami odbywały się ekskluzywne bale kostiumowe, zakład na długie dni był niedostępny dla zwykłego gościa. Przychodzili ze służbą, z lokajami i pannami garderobianymi, blokowali salon i garderobę, prowadzili między sobą wielogodzinne towarzyskie rozmowy, opowiadali sobie często frywolne ploteczki o osobach z ich świata, przebierali się w różne kostiumy, grymasili i w ogóle zachowywali się tak, jakby cały świat, razem z zakładem stryja Józefa, do nich wyłącznie należał.

Urzędująca w salonie panna Zofia, cała spocona i rozgorączkowana, dwoiła się i troiła, ażeby jakoś zdobyć i wpisać do księgi zamówień potrzebne jej dane. Traktowano ją owszem, nawet dość uprzejmie, ale z góry i wyniośle.

Stryj był w szczególnych łaskach. Jego swobodne, pełne godności zachowanie, wytworny wygląd i maniery budziły respekt i choć był tylko fotografem, traktowano go – jak to mogłem zauważyć – prawie jak osobę z „towarzystwa”. Piszę „prawie”, bo bywały wyjątki. I wtedy następowała kolizja ambicji osobistej stryja z jego rozumieniem interesu. Zawsze umiał z tego wybrnąć z godnością.

Najgorzej chyba mnie się działo. Jeżeli jeszcze można było tolerować fotografa, szefa zakładu, zwłaszcza gdy był człowiekiem zamożnym i miał renomę znakomitości w swoim fachu, to już ja, jego młody pomocnik, byłem zupełnym zerem. A stryj, gdy tylko zapowiedziano wizytę jakiejś większej figury ze świata arystokracji, zawsze mnie prosił, abym mu asystował przy zdjęciach. Ubierałem się zatem w uroczysty, czarny żakiet i szedłem za stryjem do gościa. Gość nigdy mnie nie spostrzegał, dla niego byłem powietrzem. Jeżeli zdarzyło się, że potrzebna mu była moja pomoc, nie zwracał się nigdy do mnie bezpośrednio, a tylko za pośrednictwem stryja, mówiąc o mnie „on”. Początkowo bardzo mnie to śmieszyło, ale – w miarę czasu – stało się nieznośne. Aż w końcu przyszedł bunt.

Robiliśmy właśnie zdjęcia młokosa w moim mniej więcej wieku, ze znanego hrabiowskiego rodu. W czasie zdjęć spadł ulewny deszcz. Pan hrabia zaczął się żalić, że nie wziął parasola i nie wie, jak dojdzie do domu. Wreszcie, stojąc do mnie tyłem i wskazując mnie palcem przez ramię, powiedział do stryja:

– A może by on sprowadził mi dorożkę?

Na co ja z całym spokojem:

– A może by on sam sobie dorożkę sprowadził.

Stryja zatkało. To był dobry klient i zanosiło się na poważne zamówienia.

I wtedy stała się rzecz niespodziewana. Pan hrabia odwrócił się gwałtownie, spojrzał na mnie osłupiałym ze zdumienia wzrokiem, a po chwili podszedł, wyciągnął rękę i powiedział:

– Przepraszam. Zdaje się, że się nie przedstawiłem. Jestem hrabia X.

– Bardzo mi miło – odrzekłem. – Nazywam się Sheybal. Hrabią nie jestem, tylko zwykłym studentem Akademii Sztuk Pięknych i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Deszcz przestał padać i hrabia wyszedł. Ale na drugi dzień zjawił się znowu. Zaproponował mi obejrzenie jego rodzinnych zbiorów sztuki. Piękna kolekcja. Spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie. To był całkiem miły i niegłupi młody człowiek, tylko – jak sam o sobie powiedział – zdeprawowany przez środowisko.

Największe zamieszczanie w zakładzie powodowała zawsze zapowiedź wizyty arcyksiężnej Renaty Habsburg-Radziwiłłowej, córki arcyksięcia Karola Stefana z Żywca. Była to boczna linia Habsburgów, o której mówiono, że została celowo w Żywcu osadzona i w znacznej mierze spolonizowana, ażeby w razie powstania niepodległej Polski (nigdy nie wiadomo, jak się dzieje potoczą) wyłoniła z siebie Habsburga, kandydata na polskiego króla.

W czasie pobytu w zakładzie arcyksiężnej Renaty obowiązywał ustalony na takie wypadki ceremoniał. Już kilka dni przed wizytą przybywał z Żywca sekretarz, który po uroczystym oznajmieniu, że w dniu takim a takim „arcyksiężna Renata do zakładu pana Józefa Sebalda, cesarsko-królewskiego dostawcy dworu, przybyć raczy”, wydawał odpowiednie polecenia, jak np.: zakład powinien być na cały dzień zamknięty dla postronnych gości; przybywającą arcyksiężnę winien szef powitać przed bramą i osobiście wprowadzić do zakładu; zatrudniony przy zdjęciach personel winien wystąpić w czarnych wizytowych strojach itp.

A potem przyjazd arcyksiężnej z dwojgiem czy trojgiem małych dzieci i z licznym pocztem urzędników, garderobianych, lokai i nianiek. Ruch niebywały i wielogodzinna praca. Przebieranie się arcyksiężnej w różne toalety, zmiana ubranek dziecięcych, wysadzanie dzieci na przyniesione przez niańki nocniki i – kilkadziesiąt zdjęć na dużych formatach.

Ceny oczywiście słone, odpowiadające wielkości rodu klientki i chlubnej renomie zakładu. Niezły interes. Zwłaszcza że fama o wizycie arcyksiężnej szybko obiegała salony możnych tego świata i natychmiast wzmagała ruch klientów należących do „towarzystwa”. Bawiły mnie przy tym natarczywe wywiady, w jakiej toalecie i w jakich pozach fotografowana była arcyksiężna, żądanie pokazania jej zdjęć próbnych, a potem naśladowanie arcyksiężnej przez niżej w hierarchii rodów ustawione damy przy zdjęciach własnych. Co – gdy się udawało – podnosiło ich samopoczucie.

Stryj przez wiele lat pełnił funkcję przewodniczącego cechu fotografów w Krakowie. Zebrania zarządu cechu, a także zebrania ogólne członków odbywały się w salonie przyjęć naszego zakładu. Często bywałem na tych zebraniach w charakterze protokólanta i przysłuchiwałem się obradom. Najczęściej omawiano sprawy bytowe i wtedy zebrani dzielili się na dwa obozy. Jedni dowodzili, że chcąc na fotografii zarabiać, nie można myśleć o zbyt wysokim poziomie świadczonych usług. To fanaberie. Trzeba dążyć, gdzie się tylko da, do mechanizacji pracy i liczyć na tanią, masową produkcję. Inni uważali, że każda mechanizacja pracy fotografa prowadzi nieuchronnie do upadku sztuki fotograficznej, a to w końcu odbije się na zarobkach fotografa partacza. Klienta trzeba zdobywać nie niskimi cenami, ale dążeniem do jak najwyższego poziomu wykonywanej pracy.

Do tematu tego wracano wielokrotnie, ale kilku fotografów wciąż obniżało ceny, stawiając bardziej ambitnych kolegów w kłopotliwej sytuacji. Nie dotyczyło to wprawdzie stryja, z jego niekoniunkturalną klientelą, jednakże on właśnie, idąc po myśli większości członków cechu, opracował wniosek określający najniższe dopuszczalne ceny za wykonywane prace. Dalsze ich obniżanie groziło karą pieniężną w określonej wysokości. Niespodziewanie wniosek przeszedł jednogłośnie. Spowodowała to nagła zmiana stanowiska wodza opozycji, przeciętnej klasy fotografa rzemieślnika, który pierwszy położył podpis pod przedłożoną zebranym deklaracją. Wydało mi się to mocno podejrzane.

W parę dni później, w porozumieniu ze stryjem, wybrałem się do zakładu tego fotografa. Już z ulicy zobaczyłem w gablocie wystawowej duże ogłoszenie o zniżce cen, dość znacznie poniżej uchwalonych na zebraniu. Wszedłem do wnętrza i natknąłem się na szefa.

– Panie – powiedziałem – podpisał pan deklarację, a tu widzę na wystawie…

– Że ceny za niskie? – przerwał mi fotograf. – Już płacę karę. Masz pan kwitariusz?

– Karę zapłaci pan skarbnikowi. A ogłoszenie o cenach zdejmie pan z wystawy – odpowiedziałem.

– Co? Dlaczego? Jak zapłacę karę, będę w porządku. To mi się opłaci.

Karę rzeczywiście zapłacił, a ogłoszenie wciąż wisiało w gablocie. Stryj radził, aby dać mu spokój. Przy jego metodach mechanizacji pracy długo to nie potrwa. Na razie jednak obniżka cen działała. Ruch w zakładzie był bardzo duży, a w miarę przybywania klientów rosła też pewność siebie fotografa. Wchodził jak pan i władca do zatłoczonego salonu, mierzył gości wzrokiem i wydawał komendy:

– Kto do biustu, na lewo. Pół figury, na prawo. Cała figura pośrodku.

Tak posegregowanych gości, wpuszczał do altany najpierw tych, którzy „do biustu”. Podchodził do aparatu, ustawionego na namalowanych na podłodze znakach, sadzał pierwszego klienta na ustawionym (również na znakach) krześle i nie spojrzawszy nawet na matówkę aparatu, ustawioną na znaku „biust”, robił zdjęcie. Po czym znów komenda:

– Następny!

I tak jeden po drugim, grupa kilkunastu osób odwalona w ciągu kilku minut. Pomocnik tylko biegał i podawał wciąż nowe kasety z płytami. Potem wchodziła grupa do „pół figury”. Przesunięcie aparatu na następne znaki, zmiana krzesła i znów to samo. Potem jeszcze „całe figury”, czasem jeszcze jedna czy dwie pary, mama z dzieckiem i w ciągu 20 do 30 minut kilkadziesiąt osób załatwionych. Zaiste, przy tak zmechanizowanych metodach pracy możliwość obniżenia cen fotografii wydawała się zupełnie realna.

Ale niedługo to trwało. Gdy kiedyś znów do niego zaszedłem, salon był prawie pusty. Przy biurku siedział markotny szef zakładu, a obok – młoda dziewczyna. Pokazywała zrobione przez niego fotografie, mówiąc, że ich przyjąć nie może. Szef zapytał, dlaczego. Zawstydzona, wskazała nienaturalnie uwypuklony, wcale nie dziewiczy biust, jak mi się wydawało – wynik niewłaściwego oświetlenia. A zirytowany fotograf:

– To panna się tego wstydzisz? Panna na to konkurenta znajdziesz.

Oburzona panna rzuciła fotografie na biurko i wybiegła z zakładu. A fotograf zwrócił się do mnie.

– No i widzisz pan – powiedział. – Jak tu się cackać z gośćmi? Ciągłe grymaszenie. A to widzisz pan, wszystkie moje dzisiejsze klienty – dodał smętnie, wskazując na dwie czy trzy osoby siedzące w kącie salonu. Po czym wstał i wprowadził je do altany.

Tak więc i w tym wypadku, jak i wielu innych, stryj miał rację.

Jako przewodniczący cechu, a poza tym zawsze życzliwy i uczynny kolega, stryj wykazywał wielkie troski o podnoszenie kwalifikacji zawodowych krakowskich fotografów. Oczywiście, była wśród nich grupa bardzo dobrych i kulturalnych fachowców, jak np. Józef Kuczyński i kilku innych, którzy sami radzili sobie doskonale. Rozmowy stryja z nimi ograniczały się do wzajemnej wymiany poglądów, czasem dochodziło do zażartych, lecz zawsze konstruktywnych dyskusji.

Niektórzy z fotografów, choć partaczyli, odznaczali się tak wysokim mniemaniem o swoich umiejętnościach, że wszelka próbę pomocy traktowali jak osobistą obrazę. Byłem świadkiem kapitulacji jednego z nich. Złożył stryjowi zakonspirowaną przed kolegami wizytę i szczerze przedłożył mu swe zawodowe troski i wątpliwości. Stryj służył mu dobrymi radami, a potem przez dłuższy czas pomagał i pouczał.

Zdarzali się też i tacy, a było ich wielu, którzy – świadomi swej niedoskonałości – wykazywali często wręcz namiętną potrzebę dokształcania się, tak w dziedzinie techniki, jak też estetyki fotograficznej. Z tymi stryj prowadził długie rozmowy, zapraszał do asysty przy robionych przez siebie zdjęciach oraz przy pracach laboratoryjnych. Odwiedzał ich zakłady, wyjaśniał, doradzał i pouczał. A czynił to wszystko w sposób niezmiernie taktowny, naturalny i koleżeński, z całą skromnością, bez śladu wyniosłości.

Zyskiwał też sobie nie tylko szacunek, ale wiele przyjaźni i szczerego przywiązania.

I ta właśnie działalność stryja Józefa Sebalda na stanowisku przewodniczącego cechu krakowskich fotografów wydaje mi się jego największą, godną upamiętnienia zasługą.”

STANISŁAW SHEYBAL „Wspomnienia 1891 – 1970″, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984