o ciszy w mieście

fot. A. Sheybal-Rostek, WarszawaPrzez ostatnie dwa dni (24-25.04 2014) uczestniczyłam w konferencji „Miasto do życia”, zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Koalicja: Ciszej, proszę!”, w ramach projektu „Niech nas usłyszą”. Stowarzyszenie, które działa formalnie dopiero od marca, skupiło w swoich szeregach mieszkańców Warszawy, którzy cierpią z powodu hałasu generowanego przez kluby nocne i uważają, że czas zawalczyć o swoje prawa. Celem projektu jest włączenie mieszkańców Stolicy w wypracowanie polityki lokalnej regulującej funkcjonowanie lokali nocnych uciążliwych dla nich. Działają prężnie i z determinacją. To oni doprowadzili do powstania „Kodeksu dobrych praktyk” – zbioru zasad regulujących nocne życie stolicy.

Po tych dwóch dniach słuchania o ich problemach i przyglądania się im z bliska mam kilka osobistych refleksji wynikających między innymi z faktu, iż dotychczas zdecydowanie (co wielokrotnie mówiłam) sprzyjałam nocnemu życiu i cieszyłam się, że się rozwija. Pamiętam z własnych czasów studenckich martwe warszawskie ulice i trzy lokale na krzyż – stąd cieszy mnie, że się dzieje. A szczególnie jestem zadowolona z tego, iż ożyły warszawskie bulwary a miasto wreszcie zwróciło się w stronę rzeki. I twierdzę – iż jest to najlepsze i najbardziej naturalne miejsce na terenie centrum miasta – gdzie życie towarzyskie może się toczyć bez większych przeszkód.

I właśnie dlatego, że mam takie właśnie poglądy – dobrze się stało, że wzięłam udział w konferencji i w towarzyszących jej warsztatach.  Po raz pierwszy skonfrontowałam, bowiem,  swoje poglądy z drugą stroną. I muszę przyznać, że znacznie zmodyfikowałam spojrzenie na problem. Poznałam osoby zdeterminowane i udręczone nocną aktywnością miasta. Gdy noc w noc nie można zasnąć i co więcej nie daje się wyegzekwować przysługującego prawa do ciszy – to można się załamać i zwątpić w dobrą wolę urzędników oraz praworządność naszego kraju.

A więc – jestem od dzisiaj sprzymierzeńcem poczynań Stowarzyszenia „Koalicja: Ciszej, proszę!”. Stałam się zwolennikiem przyświecającej im idei wypracowania zasad współżycia różnych form miejskiej aktywności na ograniczonej miejskiej przestrzeni. I walki o zachowanie standardów wynikających z szacunku dla innych ludzi oraz kultury osobistej.

Mam jednak pewne zastrzeżenia. Otóż nie zgodzę się na postulaty likwidacji klubów oraz na wprowadzenie ciszy nocnej o 2200. I jestem przekonana, że jeśli w ten sposób stowarzyszenie będzie się sprzedawało – to osiągnie efekt odwrotny od zamierzonego. Doprowadzi wyłącznie do usztywnienia się wszystkich na z góry ustalonych pozycjach. I doprowadzi do eskalacji konfliktu. A mam  uzasadnione podejrzenia, że jest kilka osób, które działając w stowarzyszeniu liczą na to, że uda im się przeforsować radykalne rozwiązania. A ponieważ są przekonane o złej woli wszystkich naokoło i doszukują się wszędzie spisków i przekrętów a także dyktatu finansowych elit – więc tworzą one bardzo złą aurę i mocno zawężają pole do dyskusji. A przy okazji są fatalnie odbierane i wzmacniają stereotypy – walczących o ciszę oszołomów. W konfrontacji z młodymi bywalcami klubów – są z miejsca na przegranej pozycji.

Jest też kilka osób, które załatwiają przy okazji swoje utylitarne interesy. Twarzą stowarzyszenia i jego dobroczyńcą jest prof. E. Kuryłowicz. Wygłosiła ona piękne przemówienie apelując do szacunku dla innych. Mówiła o respektowaniu prawa i o planowaniu przestrzennym. I o tym, że „nie ma rzeczy, których nie można załatwić jeśli działa się w dobrej wierze i ma się rację.”. Niewątpliwie. Tylko co to znaczy „działanie w dobrej wierze”? I co pani Kuryłowicz rozumie mówiąc, że „ma się rację”? Obawiam się, że chodzi o jej prywatną rację i o rozwiązania zgodne z jej wolą.

A już pokazała o co jej chodzi. Zbudowała na Powiślu elitarne, zamknięte osiedle, w którym mieszka zaledwie od trzech lat. Osiedle powstało w miejscu, gdzie od (z okładem) stu lat planowano wyłącznie obiekty użyteczności publicznej – wzdłuż Wisły nie było domów mieszkalnych. I teraz – bo nie jest to po jej myśli – blokuje funkcjonowanie klubów, które jej i mieszkańcom jej enklawy przeszkadzają. I stała się twarzą stowarzyszenia osób, które naprawdę cierpią z powodu hałasu. Gdzie tu szacunek dla innych? Ta Pani mnie nie przekona. Szczególnie, że pięknie mówi o planowaniu przestrzennym a sama stawia osiedle mieszkalne w miejscu kompletnie się do tego nie nadającym – wiedząc, że w planach miasta jest ożywienie bulwarów wiślanych. Ona chce mieć sielski anielski widok z okna na rzekę – i innym wara. Hipokryzja w czystej formie. A wystarczyłoby, aby pierzeja jej osiedla od strony rzeki miała charakter biurowo-usługowy i problem by nie istniał.

Cóż. Jedno jest oczywiste. Poziom kultury osobistej naszej młodzieży woła o pomstę do nieba. Wrzaski, awantury, rozbijanie butelek i załatwianie potrzeb fizjologicznych gdzie popadnie – to nie są odpowiednie standardy. I nie ulega dla mnie wątpliwości, że należy się im  kilka lekcji dobrego wychowania i kultury bycia na terenie miasta – bo wyraźnie wynieśli z domu zasady rodem z epoki jaskiniowej.

 

Data publikacji Blog |

dzwon Marii Rodziwiczówny

Otrzymałam dziś pozwolenie na napisanie o niezwykłej historii. Dlatego pozwolę sobie ją opowiedzieć. Z wielkim podziękowaniem dla Pana Bogdana Rodziewicza, który (w imieniu swojej rodziny)  mi ją przekazał i dał błogosławieństwo dla „wysłania” jej w świat.

dzwon Marii Rodziewiczówny W 1937 roku  Maria Rodziewiczówna obchodziła 50 – lecie  swej pisarskiej pracy.

Polska Akademia Literatury postanowiła przyznać pisarce w 1937 roku  Wawrzyn Akademicki  – pisarka odmówiła.

Uroczystości związane z obchodami 50-lecia pracy pisarki odbyły się w Horodcu oraz w Hruszowej w dniu 3 lipca 1937 roku.

W mszy św. odprawionej przez księdza biskupa ordynariusza pińskiego Kazimierz Bukraba wzięli udział okoliczni ziemianie, mieszkańcy Horodca i Hruszowej oraz przyjaciele.

Momentem kulminacyjnym uroczystości było podarowanie do kościółka w Horodcu dzwonu zakupionego przez sąsiadów, oficjalistów dworskich jak i okolicznych chłopów i nazwanego na cześć jubilatki imieniem „MARIA”

Na cokole zostały wyryte następujące słowa:

Ducha żarem, serca miłosierdziem, hojną ofiarnością, mocą  żywego i pisanego słowa służyła sprawie Bożej i umiłowanej Polskiej Macierzy.

Dzwonu dzwoń! Głoś wieczną wartość zasługi !

Rodzicami chrzestnymi dzwonu byli Henryk Skirmuntt i pani Mańkowska  żona osadnika wojskowego.

Po wkroczeniu wojsk radzieckich po wojnie na tereny Białorusi i do Horodca,  dzwon „Maria” został zdemontowany i wywieziony. Ślad po nim zaginął.

W 2006 roku,  pewna fotoreporterka na jednym z głównych placów Mińska Białoruskiego natrafiła na pomnik-mauzoleum poświęcony żołnierzom radzieckim poległym w wojnie afgańskiej. Miał on formę bunkra, a jednym z elementów wyposażenia jego wnętrza był właśnie zaginiony dzwon „Maria”.

Informacja ta dotarła do Pana Jacka Milera w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a następnie do Stowarzyszenia Rodu Rodziewiczów.

Na Zjeździe Rodu postanowiono, że należy poczynić starania o odzyskanie tego dzwonu. Ustalono, że należy, w tym celu, podjąć rozmowy z Ministerstwem  Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz ze stroną białoruską.  Zaproponowano aby wykonać,  w uzgodnieniu ze stroną białoruską,  dzwon pasujący do pomnika w Mińsku i wymienić go z dzwonem Marii Rodziewiczówny. Odzyskany w ten sposób dzwon „Maria”, umieścić w Muzeum Literatury w Warszawie lub w innym miejscu związanym z Marią Rodziewiczówną.

W sprawie wymiany dzwonu, przez ostatnich kilka lat, prowadzone były działania i rozmowy, również na Białorusi. Były to działania delikatne i długotrwałe. Pomagali w tym przedstawiciele polskiej dyplomacji na Białorusi (tak jak pan Marek Maluchnik, podczas swojej misji dyplomatycznej wicekonsula w Grodnie). W Mińsku przebywał też Leszek Rodziewicz, prezes honorowy Stowarzyszenia Rodu Rodziewiczów. Przeprowadził tam rozmowy na temat dzwonu z przedstawicielami Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej oraz Związku Żołnierzy Poległych w Afganistanie. Ustalił, że należy oficjalnie wystąpić z inicjatywą wymiany dzwonu.  W związku z tym ,,Stowarzyszenie Rodu Rodziewiczów” wystąpiło w tej sprawie, do  Ministerstwa Kultury Republiki Białorusi – do Białoruskiego Państwowego Muzeum Historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Strona białoruska przysłała oficjalną, pozytywną odpowiedź.

 

Data publikacji Blog |

bardziej prywatnie

IMG_1828

Wiosna tego roku nas nie rozpieszcza. Raz rozgrzewa do czerwoności aby kolejnego dnia zmrozić do szpiku kości. W ostatni poniedziałek chodziłam z aparatem fotograficznym po mieście – i zgrabiałam dokumentnie. Zaczęłam całkiem poważnie myśleć o czapce uszatce i futerku.

Ale jedno jest pewne – wiosna już przyszła. Czuć jej powiew w powietrzu. Inaczej pachnie ziemia. Widać pąki na drzewach. A ja się zastanawiam – ile już razy tą warszawską wiosnę widziałam?!

Uwielbiam wszystkie polskie pory roku. Cieszę się nawet w dżdżyste jesienne dni, gdy jest wyjątkowo paskudnie. To ma swój urok. Można się wówczas zaszyć w jakimś ciepłym, przytulnym miejscu i patrzeć przez okno. Nie ma nic piękniejszego niż takie właśnie dni w małym domku w Puszczy Białowieskiej. Za oknem szaruga, w domu piec i kominek. Koty pozwijane na fotelu. Bajka.

Ale wracając do wiosny – kojarzy mi się z drugim semestrem na studiach. Z przygotowaniami do letniej sesji egzaminacyjnej. Z pewnym niepokojem ale też z naukowym fermentem. Dyskusjami do świtu. Z przyjaciółmi i obietnicą czegoś nowego. Nie ma chyba nic piękniejszego. Wiosna przychodzi wtedy gdy ma na to ochotę. I wnosi ożywczy powiew. Zapowiedź zmian i nowych, ekscytujących wyzwań.

I niezależnie ile mam lat – tak samo czuję poruszenie, gdy wokół domu rozkwitają żółte kwiaty. Te pierwsze oznaki wiosny.

Data publikacji Blog |